7 maja 2013

Stop? O warunkach pracy w manufakturach odzieżowych i przyszłości przemysłu odzieżowego.

Nie było mnie tu prawie miesiąc. Szybko minęło. Nie wiem czy odczułam szczególny niedobór pisania. W sumie w międzyczasie udało mi się opublikować coś na Confashion i powstawał artykuł do najnowszego Slow.

Nie chcę, by ten blog umierał. W końcu jego prowadzenie to moja mini-pasja. Jednak czasem staram się ograniczać czas spędzany przed komputerem, przy telefonie, a zastępować go cennymi minutami z książką czy na spacerze. Dzisiaj przeczytałam, że nastolatkowie nie są w stanie wytrzymać 15 minut nie robiąc wielu rzeczy w jednym momencie (multitasking!). Takie dane mnie przerażają. Co więcej, na mojej skrzynce znalazł się e-mail od koleżanki studiującej kulturoznawstwo z ankietą o moich preferencjach dotyczących najnowszych technologii. Wczoraj na zajęciach rozmawialiśmy o najnowszym wynalazku Google i ich okularach, które w stanie są inwigilować świat. Zatem widzicie, że pojawiły się powody, żeby nie tyle zaprzestać, co chociaż na chwilę wyhamować z ilością godzin spędzaną w wirtualnym świecie.

Dziś chcę poruszyć temat "dokąd zmierza świat?", a właściwie "dokąd zmierza tak dochodowy przemysł mody". Inspiracją do tych rozmyślan stała się tragedia w Bangladeszu, gdzie zawaliła się fabryka odzieżowa i przez co zginęło prawie 600 osób. Mi przeszły ciarki.

Ostatnio miała również miejsce premiera książki "Etyka w modzie, czyli CSR w przemyśle odzieżowym" autorstwa Magdaleny Płonki. Coś ma się na rzeczy. Płonka pisze, że: 
  • 1-6% światowego zużycia słodkiej wody przypada na produkcję bawełny
  • 40-50 tys. ton farby przemysł tekstylny wypuszcza do wody rocznie
  • potrzeba 125 skalpów gronostajów do uszycia jednego futra
  • 8 tyś. litrów wody potrzebne jest do wyprodukowania pary skórzanych butów.
Jednak, uważam, że nie należy skupiać się tylko na, ostatnio tak popularnej, społecznej odpowiedzialności biznesu, bo coraz większa liczba firm prowadzi taką politykę. Przeanalizujmy chociażby przypadek szwedzkiego H&M'u. Oni od lat, proponując "The Swedish Model of Business" próbują łączyć elementy socjalizmu (w tym ochronę środowiska) i kapitalizmu (generować zyski). Oba cele spełniają, tworząc między innymi kolekcję "Conscious" (1. miejsce w wykorzystywaniu organicznej bawełny), a także dofinansowują UNICEF oraz są bardzo dochodowi prowadząc 2800 sklepów na 49 rynkach i zatrudniając 104,000 pracowników.

Uwagę powinno zwracać się również na to, co dzieje się w fabrykach, bo tragedia, która wydarzyła się w Bangladeszu to nie pierwsza tego rodzaju, ani nie ostatnia. Odkąd popularny stał się sourcing (kompleksowa strategia przedsiębiorstwa definiująca, w jaki sposób i przez kogo obsługiwane będą poszczególne procesy biznesowe, bądź obszary funkcjonalne firmy) i offshoring (przeniesienie wybranych procesów biznesowych przedsiębiorstw poza granicę kraju przy zachowaniu tej samej grupy klientów, którego celem jest obniżenie kosztów), narastają nowe problemy. Owszem, kupujemy ubrania o niższych cenach, firmy więcej zarabiają, dzięki taniej sile roboczej, ale łamane są prawa człowieka. W USA dziś importuje się 95% odzieży, a w latach 60. importowało się niewiele ponad 5%. Wśród aktualnie największych eksporterów w przemyśle tekstylnym wymienia się Chiny, Bangladesz, Indie, Wietnam, Kambodżę, Pakistan oraz Egipt. Kraje takie jak Indonezja, Japonia, Korea Południowa, Malezja, Filipiny czy Sri Lanka zmniejszają dominację. W przeszłości, przed wygaśnięciem MFA (The Multi Fiber Agreement) w 2004 roku, królowały takie rynki jak Kanada Meksyk, CAFTA, UE, Tunezja, Maroko czy Tajlandia.

Niedawno ruszyły negocjacje skupiające się na stworzeniu strefy wolnego handlu pomiędzy USA a Unią Europejską. Gdyby doszło do porozumienia byłby to największy tego rodzaju rynek na świecie.
 


Wracając do tych praw człowieka... Firmy przenosząc się między innymi do Azji przyczyniają się do spadku cen produktów, co jest bardzo korzystne dla konsumentów, a co się z tym również wiąże osiagają większe dochody, bo zaoszczędzają na kosztach budując manufaktury poza krajem. Tracą na tym rynki lokalne (na przykład ten w USA, gdzie już prawie nie ma manufaktur odzieżowych). Niestety takie nieszczęścia jak te w Bangladeszu, zmuszają nas do refleksji nad stanem tego przemysłu. W tamtejszych fabrykach nie spełnia się podstawowych wymogów, ale nie chodzi już o same warunki sanitarne, ale pracującym tam ludziom nie zapewnia się minimalnych stawek wynagrodzenia (które mają zapewnić byt pracownikowi i jego rodzinie), do pracy zmusza się małe dzieci, nie normuje się godzin pracy, dyskryminuje się ich. Z badań wynika, że coraz więcej osób jest w stanie kupić droższe ubrania, gdy tylko zostaną wyprodukowane w sposób humanitarny. Jeżeli nadal nie wierzycie jak wygląda praca w takich fabrykach, polecam obejrzeć film "Chiny w kolorze blue".
 
Dlatego uważam, że świat powinien się zastanowić jak rozwija handel międzynarodowy, ze szczególnym skupieniem na przemyśle odzieżowym. Przyszedł na to dobry czas - masakra w Bangladeszu i wybory nowego dyrektora generalnego Światowej Organizacji Handlu.

To dokąd zmierza moda (i jej produkcja)?


Zdjęcie to kadr z filmu "Chiny w kolorze Blue".

 

10 kwietnia 2013

Twofold: o tym jak zestawiać nowoczesność z tradycją.

Założę się, że nieraz stawaliście przed wyzwaniem godzenia Waszych przyzwyczajeń z czymś, co Was po prostu silnie zaskoczyło. Mimo wszystko, większość z nas uwielbia ten dreszczyk emocji, gdy wchodzimy w nieznane. Chociaż warto wtedy mieć przy sobie coś, co przypomina o przeszłości, jakąś ulubioną rzecz.

Podobny problem objawił się przed Jessicą Warner. Młoda, przedsiębiorcza Australijka zdążyła już mieszkać w Sydney, Tokio, Hong Kongu i Nowym Jorku, a także ukończyć studia na the Australian National University oraz na Fashion Institute of Technology. Doświadczenie zdobyła między innymi w Muzeum Guggenheim'a w NYC oraz w The Brooklyn Academy of Music. Zwiedziła już tyle miejsc i z każdego chciała wynieść coś nowego, jednocześnie nie zatracając jego jedynego w swoim rodzaju klimatu.

Zainspirowana swoimi doświadczeniami, szczególnie tymi, które doktknęły ją podczas pobytu w Japonii w 2007 roku, kiedy zachwyciła się pracującymi tam projektantami tkanin, którzy łączyli nowoczesne wzory z technikami tkania z dawnych lat, w marcu 2013 roku otworzyła własną firmę - Twofold.

Marka działa wyłączenie online i specjalizuje się w sprzedaży akcesoriów z nowoczesnych materiałów z duszą, bo wykonanych w sposób tradycyjny. Jessica przyznaje, że projekty, które wykorzystuje pochodzą z jej podróży. Dziewczyna uwielbia małe, niezależne butiki i odkrywanie lokalnych artystów.

Od dnia otwarcia strony internetowej nie minęło wiele czasu, ale wiadomo już, że bestsellerami są szal Arrow Feather od NUNO, torba Azuma od Kyototo i jedyna w swoim rodzaju chusta "oya" od Rumisu. 
 
Po więcej zajrzyjcie na: http://www.twofoldstyle.com




 

29 marca 2013

Aparycja w XXI wieku


“Nie szata zdobi człowieka”. Czy aby na pewno? Ile razy krzywo spojrzeliśmy na niezbyt atrakcyjną sukienkę koleżanki? Ile razy przebieralilśmy swojego tatę, chłopaka, męża? Ile razy z pogardą patrzyliśmy na nieschludne ubranie przechodnia, którego przed chwilą minęliśmy na Marszałkowskiej? Ile dni w roku stawaliśmy przed szafą z wyznaniem, że “nie mamy, co na siebie włożyć”? Ile luster mamy w domu? Ile pieniędzy rocznie wydajemy na ubrania? Jak bardzo liczą się dla nas markowe metki? Naprawdę nie szufladkujemy ludzi, zwracając uwagę na to jak wyglądają?

Telewizja. Piękne prezenterki w idealnie skrojonych kostiumach. Seriale o ludziach sukcesu w wielkim stylu i z wielkim stylem. Internet. Propagowanie wzorcowego image’u. Magazyny. Gazety… Podobnie. Nawet język epatuje licznymi epitetami, gdzie piękno ma tak ogromne znaczenie. Nasze umysły przesiąknięte są jedną informacją – prezencja ma znaczenie. Może nie wszyscy uważają, że hasło “size zero” to klucz do triumfu, ale już każdy przytaknie głową, że pierwsze wrażenie kszałtuje nasze zdanie na temat konkretnej osoby.

Kształcę się na Fashion Institute of Technology w Nowym Jorku, gdzie postrzega się modę jako zjawisko społeczne, przemysł przynoszący ogromne zyski, mimo że to coś tak utylitarnego czy wręcz materialnego. Nie toleruje się tam osób źle ubranych. Na campusie UGGsy czy wymięta koszula w kratę nie są akceptowane. Ludzie na uczelni prezentują różny styl – od tego z pierwszych stron Vogue’a, po hipsterów, glam-rock czy zwykły preppy look. Ktoś, kto nie jest z branży może nawet nie ma pojęcia o czym teraz piszę. Jednak ta wiedza do życia nie jest konieczna. Mimo że uważam, że ci poświęcający swoją karierę biznesowi mody to jedni z najbardziej obytych i wykształconych, a także ciężko pracujących jednostek, to muszę przyznać, że nierzadko popadają, a tak właściwie popadamy w paranoję. Moim jedynym wytłumaczeniem może być fakt, że każdy w jakimś stopniu ma fioła na punkcie swojej pracy.

Pozostaje zadać sobie pytanie, gdzie rysuje się granica pomiędzy byciem trendy, byciem schludnym, a niedbaniem o siebie?




Percepcja piękna i rytuały z nią związane różnią się zależnie od kultury, w której się wychowywaliśmy. Chociaż, jak już wcześniej wspominałam – globalizacja mediów sprawia, że wszystkie kobiety, niezależnie od pochodzenia etnicznego mają jeden cel – być atrakcyjną. A bycie atrakcyjnym nie oznacza już tylko noszenia nietuzinkowych ubrań, ale i troszczenie się o szczegóły w innych aspektach wyglądu, takich jak higiena osobista, makijaż czy fryzura.

Międzynarodowe badania wykazały, że kobiety niekoniecznie dążą do tego, by prezentować się młodziej, ale przede wszystkim, by wyglądać ponadprzeciętnie jak na swój wiek. Niezależnie czy pochodzą ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, czy Polski, kierują się tym samym, i hołdują trendowi bycia pięknym i atrakcyjnym. W XXI wieku jesteśmy świadkami obserowania osób, których wygląd jest aż nadto skorygowany. A może w końcu epoka perfekcyjnej postury odchodzi do lamusa?

Sandra Gilman, kulturalny i medyczny historyk Uniwersytetu Emory w stanie Georgia, wypowiedziała się na temat antropologii estetyki, dziedziny, która egzaminuje różnice kulturowe w postrzeganiu piękna. Profesor wyjaśniła również, że w tej sferze nie ma jednego standardu, odnośnika, bo kanon piękna ewoluuje wraz z upływem czasu. Jednak, wszystkie kraje łączą niektóre podobieństwa - od dawien dawna nasi przodkowie poszukiwali rozwiązań, by zatrzymać proces starzenia. Ile mitów słyszeliśmy o pożądanym eliksirze młodości? W opinii Gilman, wkroczyliśmy w "erę bycia glamour", która jest publiczna, akceptowana przez wszystkich - od gwiazd Hollywood przez osoby, które nie spędzają godzin na czerwonym dywanie. Gilman zauważa też, że Amerykanki częściej skarżą się na stres i zmęczenie, a  co się z tym wiąże - pogorszenie wyglądu. Przyczyną tego może być długość ich urlopów - Europejki odpoczywają średnio przez 4 tygodnie w roku, natomiast większość Amerykanek tylko tydzień. Podobno obywatelki Europy nie myślą tak obsesyjnie o swoim image'u jak ich koleżanki z Nowego Kontynentu. Z czym, z własnych doświadczeń jestem w stanie się zgodzić. Kiedyś na zajęciach mieliśmy do wykonania projekt - stworzenie wymarzonej firmy, którą moglibyśmy sami w przyszłości zbudować. Grupa moich koleżanek zdecydowała się zostać stylistkami dla uczniów... gimnazjum. Wtedy zrozumiałam, że w Ameryce prezencja ma znaczenie już od najmłodszych lat, nawet nastolatki starają się naśladować wzorce propagowane przez show biznes w tym kraju. 

Antropolog, Isabella Lepri, pracownik London School of Economic opisuje stopniowe zmiany w nastawieniu społeczeństwa do aparycji - podobno kładzie się na nią coraz większy nacisk. "Ludzie zawsze i wszędzie chcą wyglądać urodziwie i mają ku temu różne powody". Profesor zauważa, że dzisiaj mamy do czynienia z silniejszą presją społeczną, szczególnie wśród kobiet - każda chce wyglądać atrakcyjnie i odnosić sukcesy, co niejednokrotnie jest wyzwaniem dla własnego "ja". Lepri przyznaje, że najtrudniej osiągnąć naturalne piękno, bez zbędnego wysiłku i przy tym zachować dobre poczucie własnej wartości. Ta wizja jest wierna temu, co dzieje się na Kontynencie Kolumba.

Rozwój pojęcia aparycji w XXI wieku ma także swoje korzenie w myśli antycznej, gdzie łączono rozwój psychiczny z fizycznym. Kultywujemy ideę kalokagatii. XVII, XVIII, XIX i XX wiek to czasy leniwe, jeżeli chodzi o sport - wtedy liczyły się przede wszystkim piękne stroje, które świadczyły o statusie danej rodziny. Sto lat później nie tylko ubieramy się modnie, ale i jesteśmy aktywni, by utrzymać dobrą sylwetkę. Trenerzy na każdym kroku podkreślają, że sport sprawia, że stajemy się radośniejsi, niczym czekolada mnoży liczbę endorfin w naszym organizmie, odpowiedzialnych za nasze szczęście. Dlatego trzeba pamiętać, że wygląd to nie tylko kwestia mody, ale i ogólnego samopoczucia. Należy również zauważyć, że problem ten nie dotyczy tylko kobiet, ale i mężczyzn. Wraz z rozwojem metroseksualności w latach 90., szczególne dbanie o image wśród panów stało się społecznie akceptowane, wręcz oczekiwane. Dlatego nie dziwi już mężczyzna spędzający tyle samo czasu na zakupach i u kosmetyczki, co płeć przeciwna.

Nasuwa się pytanie – czy naprawdę trzeba spełniać wszelkie te wymogi, by nie być odrzucanym przez środowisko? Czy tylko osoby atrakcyjne są wartościowe?

A co z osobami niewidomymi? Oni też komunikują się z ludźmi, nawiązują kontakty, budują przyjaźnie, co najistotniejsze… nigdy tych osób nie widząc.

Obawiam się jednak, że są to wyjątki, a presja, którą sami wywieramy jest tak silna, że trudno obiektywnie oceniać, nie skupiając się na powierzchownych aspektach. Jesteśmy częścią tej gonitwy i nikt jej nie zatrzyma, chyba, że sami zrezygnujemy z tego maratonu.

Możemy przekrzykiwać się, że to “nie szata zdobi człowieka”, ale nadal będziemy patrzeć krzywo na niezbyt atrakcyjną sukienkę koleżanki, nadal będziemy przebierać swoich ojców, chłopaków, mężów, patrzeć na nieschludne ubranie przechodnia, którego przed chwilą minęliśmy na Marszałkowskiej, co najmniej 200 dni w roku staniemy przed szafą z wyznaniem, że “nie mamy, co na siebie włożyć”, będziemy mieć więcej niż jedno lustro w domu, stanowczo przekroczymy nasz budżet na ubrania, kupimy chociażby jedną markową rzecz i niestety nierzadko będziemy szufladkować ludzi zwracając uwagę na ich wygląd.

A może czasem po prostu warto założyć różowe okulary i iść do przodu, mimo tej niezbyt zdrowej definicji “aparycji” w XXI wieku?

24 marca 2013

Z MMC: o modzie słów kilka.



Studio MMC to marka Ilony Majer i Rafała Michalaka, absolwentów łódzkiej Katedry Ubioru Akademii Sztuk Pięknych, którzy ciężką i kreatywną pracą osiągnęli silną pozycję na polskim rynku mody. Na swojej stronie internetowej podkreślają, że "MMC to prostota i puryzm formy zamkniętej w ultranowoczesnej tkaninie." Ich twórczość została doceniona w roku 2009, kiedy otrzymali tytuł Projektanta Roku podczas gali Doskonałość Mody organizowanej przez Twój Styl. Ich kreacje wybierają osoby ze świata kultury. Ich ubrania ozdabiają szafy coraz większej ilości kobiet. I ja ich podziwiam, więc byłam zaszczycona, gdy zgodzili się opowiedzieć mi o początkach swojej kariery i jej rozwoju, a także o tym jak w ich opinii kształtuje się obraz polskiej mody. 







Duet w składzie Ilona Majer i Rafał Michalak kojarzy cały polski świat mody. Jak to się stało, że postanowiliście pracować razem i udaje się Wam współdziałać tak harmonijnie już od prawie 17 lat?

To rzeczywiście przedziwne, że nam się to udaje... :) Może to zasługa tego, że o tej współpracy zadecydował kompletny przypadek. Zostaliśmy zatrudnieni, będąc jeszcze na studiach, do przygotowania dużej kolekcji. Początkowo spoglądaliśmy na siebie z dużą nieufnością. Studia artystyczne kształcą indywidualistów konkurujących ze sobą, a tu nagle zostaliśmy wybrani z dużej grupy studentów przez ludzi kierujących się niewiadomo jakim kluczem, do stworzenia spójnej kolekcji. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę, bo oprócz przyspieszonego kursu funkcjonowania w rzeczywistości projektowania dla przemysłu, pogodzenia tego z ostatnim, kluczowym rokiem studiów, musieliśmy się jeszcze „dogadać”... i właśnie ta historia zadecydowała o naszej przyszłości, bo ku naszemu zaskoczeniu ta współpraca okazała się bardzo udanym przedsięwzięciem.

Tego typu projekty nie były na porządku dziennym życia studenckiego. Jednak udało się nam stworzyć wspólną, spójną wizję kolekcji i nie pozabijać się przy tym... :) Doprowadziliśmy to do całkiem udanego końca i zostaliśmy jednym z pierwszych duetów projektanckich.

Skąd pomysł na nazwę marki MMC?

Jest to po prostu skrót naszych nazwisk.

Pamiętacie kim była Wasza pierwsza klientka?

Jedną z pierwszych klientek była Kinga Rusin. Przeprowadzała wywiad z Jane Seymour, to było zaraz po pierwszej publikacji w Twoim Stylu. Zabawne jest to, że kiedy Jane zobaczyła płaszcz Kingi, powiedziała, że też chętnie by sobie taki kupiła. To był dla nas duży komplement... :)

Jakie były kulisy przygotowywania Waszego pierwszego pokazu?

Nasz pierwszy wspólny pokaz odbył się podczas studiów na ASP, dopiero się „docieraliśmy”. Wiadomo, że pokazy potrzebują dużego budżetu, chyba niemożliwym jest zrobienie go na własną rękę. Jak stawialiśmy pierwsze kroki, to zawsze mogliśmy liczyć na pomoc znajomych.

Jakie są Wasze odczucia podczas pokazywania się na FashionPhilosophy Fashion Week Poland? Bardzo różnią się od tych, które towarzyszą podczas Lisbon Fashion Week?

Podczas Fashion Week w Lizbonie panuje duże rozprężenie. Mają zupełnie inny sposób organizacji.. Na pewno byliśmy dużo mniej zestresowani niż podczas Fashion Week w Łodzi, co pewnie wynika z tego, że tutaj pokazujemy kolekcje przed „naszymi ludźmi”, naszymi klientami. Przed pokazem cały czas zastanawiamy się „czy się spodoba”, „czy nic się nie stanie”... Ale kiedy ostatnia modelka schodzi z wybiegu, to przychodzi cudowne uczucie ulgi.

Co Was najbardziej inspiruje? Zdarza się, że spieracie się o to, jaki powinien być ogólny zamysł kolekcji?

Każdy ma trochę inną wizję kolekcji, ale to chyba buduje siłę naszej marki. Z jednej strony wzajemnie uzupełniamy swoje pomysły, a z drugiej każdy ma inne spojrzenie, więc czasem musimy pójść na kompromis. Naszym najczęstszym powodem sprzeczek i jednocześnie inspiracją, są tkaniny. Dla nas pierwszy etap wyboru tkanin jest najważniejszy. Oboje staramy się znaleźć te najlepsze i najciekawsze, dlatego też na tym etapie często dochodzi do sporów.

Jeżeli mielibyście wybrać jedną ulubioną rzecz z ostatniej kolekcji byłaby to... Umielibyście porównać ją do dzieła sztuki bądź miejsca?

W tej kwestii jesteśmy jednogłośni – siatkowa kolekcja. Łączy sport i elegancję, to jest nasz faworyt w tym sezonie. Ciężko jest nam porównać ubrania do sztuki. Moda jest bardziej użytkowa i przemijająca.

Myśleliście kiedyś o rozszerzeniu kolekcji czy pozostaniecie przy idei tworzenia dla kobiet?

Cały czas o tym myślimy. Nie chcemy jednak wprowadzać całej męskiej kolekcji. Zastanawiamy się raczej nad wpływem i inspiracją modą męską i stworzeniem linii bardziej unisex’owej.

Jaka jest Wasza opinia na temat polskiego rynku mody? Ukończyliście ASP w Łodzi, znacie to miasto i również postrzegacie je jako polską stolicę mody?

Nie do końca. W Łodzi jest organizowany Fashion Week, ale serce polskiej mody jest w Warszawie gdzie jest o wiele większe grono odbiorców. W Łodzi dobrze jest stawiać pierwsze kroczki, jak np. studia, jednak dalszy rozwój w tej branży ma większe powodzenie w Warszawie. To tutaj mieszczą się redakcje gazet, showroomy, styliści.. Co nie zmienia faktu, że dla nas Łódź zawsze będzie miała szczególne znaczenie, bo to tam się wszystko zaczęło.

Serdecznie dziękuję za rozmowę i życzę kolejnych sukcesów!

Dziękujemy!


http://mmcstudio.pl/

14 marca 2013

Première Vision/TexWorld

Luty to prawdziwa gratka dla koneserów mody w Paryżu. W dniach od 12 do 14 lutego 2013 roku odbywał się tam najbardziej prestiżowy targ materiałów Première Vision, natomiast w dniach od 12 do 15 lutego równie znany, lecz skupiający się na masowym rynku TexWorld.

Première Vision zlokalizowany był w Parc d’Expositions w Paryżu. W godzinach od 9 do 18.30 targi odwiedziły tysiące kupców, projektantów, ludzi z branży mody, by podziwiać trendy na sezon wiosna/lato 2014. Stoiska rozstawione były w pięciu różnych halach: Zoom, ModAmont, Indigo & Expofil, LeCuiraParis oraz Première Vision. W każdej z nich znajdowało się tzw. “Forum General”, gdzie można było podziwiać najważniejsze trendy. Dominowały przede wszystkim soczyste barwy, geometryczne i kwieciste nadruki oraz materiały w paski. Na wiosnę/lato 2014 będziemy nosić również materiały innowacyjne – mikrofibry, a także najwyższej jakości wełny i bawełny. Targi reprezentowane były przez wiele krajów, a dominowali przede wszystkim przedstawiciele Chin, Korei Południowej, Francji, Włoch oraz Turcji.

Równocześnie, w Paryżu, niedaleko stacji Le Bourget odbywał się TexWorld – targ materiałów, w którym uczesniczą producenci, których rynkiem docelowym jest klient masowy. Wydarzenie miało miejsce w dwóch halach, podzielonych na sekcje według gatunku materiału – bawena, wełna, denim, jedwab itp. Podobnie jak podczas Première Vision, sprzedawcy pochodzili głównie z krajów azjatyckich. Trendy prezentowane na TexWorld pokrywały się z tymi na Première Vision, jednak kupcy oglądali materiały znacznie tańsze oraz co często się z tym wiąże – nieco słabsze jakościowo.

Miło było również zobaczyć polską reprezentację wsród kupców biorących udział w obu tych wydarzeniach.






11 marca 2013

Ach te rozmiary!

Jesteśmy szczęśliwcami - żyjemy w czasach, kiedy wszystko stało się dostępne, możemy wybierać i przebierać wśród produktów, które przez rozwój technologii, a tu na myśli mam głównie Internet, w ciągu kilku dni mogą znaleźć się pod naszymi drzwiami, a do tego wszystkiego potrzeba tylko paru kliknięć.

Z moich obserwacji wynika, że coraz więcej osób kupuje w zagranicznych sklepach internetowych, między innymi w tych amerykańskich. J.Crew, Madewell, Banana Republic czy Shopbop niestety jeszcze nie mają swoich siedzib w Polsce, ale przygotowali dla nas atrakcyjną ofertę ze stałą opłatą wysyłkową i specjalnym podatkiem, który gwarantuje, że na granicy nasza paczka nie zostanie oclona. Co więcej, istnieje możliwość płacenia polską kartą, a my - zwariowani fashioniści lub nawet osoby, które po prostu śledzą modę od czasu do czasu, lubimy być oryginalni i chcemy kupować rzeczy marek, które nie są aż tak powszechne. Pragniemy się wyróżniać i tu moi drodzy czytelnicy jestem przekonana, że się ze mną zgodzicie. Przy korzystnym kursie dolara chyba nie ominiemy takiej okazji, a co więcej niektóre marki zachęcają nas do transakcji nawet we własnej walucie! (Bądź co bądź, tu czasem ukryty jest haczyk, więc zawsze z uwagą wczytujcie się w regulamin...)

Ostatnio dostałam e-maila z zapytaniem o rozmiarówkę amerykańską... I tym wątkiem się dzisiaj zajmę, bo przecież zamawiając z tak odległego kraju, nie chcielibyśmy otrzymać ubrań w złym rozmiarze...

U naszych przyjaciół z USA damska rozmiarówka zdecydowanie różni się od tej, do której jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Owszem, znajdą się tam standardowe XS, S, M, L czy XL. Ale najczęściej używanym systemem jest ten od 0 - 16. Większość sieciówek i private labels preferują te rozmiary.

Dlatego przygotowałam tabelki, które zamieszczane są też na większości stron amerykańskich sklepów internetowych.

Kupując części garderoby, takie jak t-shirty, koszule, swetry, kardigany, marynarki, kurtki, płaszcze sukienki czy spódnice powinniście sugerować się poniższą tabelką:


Warto też pamiętać, że rozmiar M, do którego wymiarów jesteście przyzwyczajeni w Polsce, w Ameryce jest nieco większy. Zatem proponowałabym Wam wybieranie rozmiaru mniejszego niż ten standardowy.


Sprawa z dolnym partiami garderoby, w tym przede wszystkim spodni, również nie jest aż tak skomplikowana.


Jeżeli jesteście całkiem niscy (mniej niż 162 cm) szukajcie rzeczy z metką P (petite). Wtedy proporcje będą dla Was korzystniejsze. Osoby wysokie (ponad 178 cm) powinny wybierać rzeczy z metką z literą T (tall). W końcu spodnie nie będą miały dla Was za krótkich nogawek - wiem z doświadczenia ;-)


Co do obuwia...


 


Istnieją również czasem tak niezbędne połówki tych rozmiarów.


Z dodatkami na szczęście nie ma problemu ;)


Mam nadzieję, że powyższe wskazówki nieco rozwieją Wasze dylematy i wszystko, co zamawiacie będzie leżało na Was jak ulał!

Tymczasem... Udanego internetowego szaleństwa internetowego!

5 marca 2013

Karolina Zmarlak

Po raz kolejny będzie o projektantce, o której już dawniej wspominałam. W zeszłym roku miałam okazję uczestniczyć w pokazie "Matador", autorstwa Karoliny Zmarlak, który odbywał się w nowojorskim Soho House.

I mimo że minął już ponad rok, o Zmarlak w Polsce wciąż słyszy się niewiele, a to genialna kreatorka, o czym przekonacie się po obejrzeniu jej kolekcji na sezon S/S13 i PreFall13, jeżeli nie wierzycie mi na słowo. Zmarlak wyemigrowała z Krosna do Stanów Zjednoczonych w wieku 10 lat. Ukończyła Fashion Institute of Technology na Wydziale Projektowania, praktykowała u tak wielkich nazwisk jak Carolina Herrera i Theory, uczestniczyła w Nowojorskim Tygodniu Mody. Dziś młoda projektantka ma już własne atelier w sercu Garment District przy Dwudziestej Piątej Ulicy. Nic tylko zazdrościć - talentu i ambicji. Cieszy też fakt, że z sezonu na sezon jej kolekcje są coraz ciekawsze, coraz bardziej inspirujące, po prostu coraz lepsze. Zmarlak jest dla mnie doskonałym przykładem osoby, która sięgnęła po "American Dream" i pokazała jak wiele mogą osiągnąć imigranci w USA, nawet w tak niestabilnym i pełnym wyzwań przemyśle, jak przemysł mody.

To, co Zmarlak zaproponowała na zbliżającą się wiosnę i lato jest piękne, ale to, co zaprojektowała na jesień całkowicie mnie urzekło. Niektórzy może myślą, że twórczość Zmarlak jest zbyt minimalistyczna, zbyt uboga w kolory. Ja jestem przeciwnego zdania - designerka bawi się formą i gra ograniczoną paletą barw i doskonale jej to wychodzi. Ma jasno określony "target market" i wie do kogo chce trafiać, a jej sztuka (bo moda to dla mnie sztuka) jak najbardziej do mnie przemawia. Zmarlak ma styl.

Pani Karolino, Warszawa czeka na podbój!









www.karolinazmarlak.com
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...